Ciągle jesteśmy ludźmi stąd – wywiad z Radkiem Łukasiewiczem, liderem zespołu Pustki. PDF Drukuj Email
Kasia Wolanin   

Dodaj do:

Facebook    Wykop   

Zespół Pustki to obecnie jedna z najciekawszych, rodzimych kapel, grająca niebanalną muzykę rockową, wymykającą się prostym systematyzacjom, zawsze poszukująca oryginalnych rozwiązań w brzmieniu oraz zachwycająca świetną warstwą tekstową swoich albumów. Do tej pory Pustki wydały cztery regularne krążki studyjne. Ich debiut „Studio Pustki”, najbardziej garażowa ze wszystkich płyta, ukazał się w 2001 roku. Kolejne wydawnictwa, „8 Ohm” (2004) i „Do Mi No” (2006) scementowały mocną pozycję grupy w środowisku polskiej muzyki alternatywnej. Przełomowym dla Pustek okazał się jednak album z 2008 roku, zatytułowany „Koniec Kryzysu”, zgodnie z nazwą zakończył on najbardziej burzliwy okres w historii grupy. Wówczas doszło do niezwykle istotnych zmian w zespole. Po tym, jak kapelę opuścili Janek Piętka i Filip Zawada, główną wokalistką stała się Basia Wrońska, zaś rolę naczelnego tekściarza przejął Radek Łukasiewicz. Oprócz tej dwójki dzisiaj Pustki tworzą także basista Szymon Tarkowski i perkusista Grzegorz Śluz. „Koniec Kryzysu” znalazł się w zestawieniu 30 najważniejszych, polskich płyt dekady 2000-2009 według magazynu Liberté!

Jesienią ubiegłego roku Pustki wydały płytę „Kalambury” z własnymi interpretacjami wierszy polskich poetów, takich jak Bolesław Leśmian, Julian Tuwim, Władysław Broniewski czy Stanisław Wyspiański. Krążek spotkał się ze znakomitym przyjęciem i przysporzył Pustkom jeszcze większej popularności. Rok 2009 był dla grupy ważny też z innego względu: zespół obchodził wówczas swoje 10-te urodziny. O tej okrągłej rocznicy, wspomnieniach z dawnych czasów, śpiewaniu po polsku, podejściu do utworów poetyckich, ciągle rosnącej popularności Pustek opowiedział Liberté! lider zespołu, Radek Łukasiewicz.

Czy pamiętasz jeszcze czasy, kiedy płyty Pustek nie były dostępne w każdym sklepie muzycznym, a na koncerty zespołu przychodziła garstka sympatyków lub po prostu ludzie zainteresowani młodą, polską kapelą?

Pamiętam takie czasy. Pamiętam, że było to ciężkie, ale miałem wtedy 19-20 lat, a zespół nagrywał pierwszą płytę. Oprócz Warszawy i Wrocławia na nasze koncerty nie przychodziło więcej niż 80 osób, a czasem nawet tylko 20. Z płytami też było ciężko. Wówczas byłem zadeklarowanym ideowcem i wiedziałam, że to, co robię jest dobre, to cieszyło mnie, ale też ludzi z zespołu i innych w moim otoczeniu. W związku z tym przymykaliśmy na to wszystko oko. Czuliśmy, że robimy coś dobrego i ważnego. Jeśli nie idzie za tym tysiące ludzi, to nie znaczy przecież, że nie jest to wartościowe. Nie wiem, czy miałbym siłę zaczynać od początku z jakimkolwiek innym zespołem. Mając prawie 30 lat, startować pod nową nazwą, grać dla 20-30 osób przed płytowym debiutem. Dlatego życzę dużo siły i wytrwałości tym, którzy teraz są w takiej sytuacji.

Kiedyś używaliście stwierdzenia, że gracie Muzykę Ściany Wschodniej. Dalej korzystacie z tego sympatycznego sloganu?

Trochę dalej tak gramy. Tylko już tego tak nie pilnujemy, czy konkretny utwór mieści się w teorii Muzyki Ściany Wschodniej. Mamy to we krwi. Tak to wówczas nazwaliśmy, w okresie nagrywania drugiej płyty, bo chcieliśmy odciąć się od tych wszystkich nazw, które dziennikarze dla nas stworzyli: proto-punk, pre-punk, rock-regresywny i inne, cokolwiek by one znaczyły.

Bo Pustki grały po prostu melodyjne, popowe piosenki?

Z tym popem na pierwszej płycie to bym nie przesadzał, bo była ona dość garażowa. W ogóle z popem nie jesteśmy za pan brat. Myślę, że ciągle gramy Muzykę Ściany Wschodniej. Ciągle jesteśmy ludźmi stąd, jesteśmy ludźmi o polskiej mentalności – nie w takim pejoratywnym tego słowa znaczeniu. Chodzi o coś bardziej naturalnego, rdzennego. Stąd jesteśmy i się identyfikujemy z tym miejscem, jesteśmy nim przesiąknięci. Wiemy, jacy tu ludzie żyją, jak się tutaj mówi, jakie jest rozumienie rzeczy, jaka jest kultura.

Dlatego cały czas Pustki śpiewają w języku polskim?

Śpiewamy po polsku, bo śpiewamy głównie dla Polaków. Język polski jest podstawą komunikacji między mną, zespołem a odbiorcą w Polsce. Nie mam nic przeciwko nagrywaniu płyty po angielsku, ale to by było dobre dla ludzi innych nacji. Gdyby mieli ochotę słuchać nas za granicą, myślę, że strzałem w nogę byłoby nagrywać dla nich album w całości po polsku. Natomiast w Polsce nie spotkałem zespołu, który śpiewa po angielsku i robi to w tak fajny sposób, że dokładnie wiem, co oni mają tak naprawdę do powiedzenia. Są grupy, które śpiewają po angielsku i fajnie grają, mają brzmienie, układają ciekawe melodie, natomiast ja nie słyszałem polskiego zespołu, który śpiewałby po angielsku i miał jakiś wyraźny przekaz. Nie twierdzę że słyszałem wszystkie polskie zespoły. Ja identyfikuję przekaz z czymś innym niż tylko brzmienie, jeszcze z jakąś taką słowną inteligencją. Tak zwana „rockowa poezja” jest dla mnie istotna. Prosty przykład: czym byłby dzisiaj zespół Hey, gdyby śpiewał po angielsku? Byłby takim naczyniem, formą, fajnie brzmiącą, z ciekawymi melodiami, w sposób ciekawy wyśpiewanymi przez intrygującą wokalistkę, ale bez treści.

Ale Hey śpiewał w swojej karierze piosenki po angielsku.

No i myślę, że się trochę od tego odcinają, bo może zauważyli do czego to doprowadziło. Nie przypominam sobie żadnego istotnego przekazu piosenki Hey, która była śpiewana po angielsku. Pamiętam ich raczej z takich utworów jak „Teksański” z pierwszej płyty.

„Heledore Baby” było jednym z takich bardziej znanych utworów Hey w języku angielskim.

Ale właściwie o czym jest ta piosenka? Jako słuchacz bardziej zwróciłbym uwagę, gdyby śpiewana była z polskim, intrygującym, ciekawym tekstem. Polskie zespoły śpiewające po angielsku dla Polaków nie przemawiają do mojej wyobraźni, jak właśnie polskie grupy, mające dobre teksty, bo tekst jest istotny i nie należy go lekceważyć. Uważam, że złym rozwiązaniem jest uciekanie w taki banał, jak śpiewanie po angielsku w Polsce. To dla słuchacza nic nie znaczy, a w wielu przypadkach dowodzi niedookreślenia zespołu.

A propos tekstów. Pustki zrobiły ogromny skok, jeśli chodzi o teksty właśnie. Na „Do Mi No” czy wcześniejszych albumach były one fajne, ale na „Koniec Kryzysu” w tym aspekcie zaprezentowaliście zupełnie nową jakość. Czujecie tę różnicę?

Ja czuję, bo wcześniej teksty powstawały trochę bardziej zbiorowo. „Koniec Kryzysu” był pierwszą płytą, gdzie autor tekstów się ujednolicił. Ja napisałem ogromną większość tekstów, Basia Wrońska w dwóch-trzech była współautorką i to jest sedno tej zmiany. To nie jest już kolektywny tekściarz, kolektywny poeta. Jest to wizja przemyślana, która wyszła z jednej głowy. To jest oczywiście niebezpieczne, bo jeśli pracuje się w grupie nad tekstami to istnieje mniejsze prawdopodobieństwo popełnienia błędów, masz więcej krytykantów, trzeba się liczyć już z paroma osobami. Teraz liczę się głównie z Basią, bo piszę dla niej. Ona jest główną wokalistką, ja jej tylko wtóruję i ona musi się z tym dobrze czuć. Musi istnieć jakaś umowa między nami, jakaś chemia. To są dla mnie teksty bardzo osobiste, ale dotyczące sytuacji, które też ona przeżyła i zna z własnego życia, dlatego też może jeszcze lepiej śpiewać te piosenki i lepiej się z nimi czuć.

A co w takim razie z płytą „Kalambury”? Tam nikt z Pustek nie jest autorem tekstów.

Tak, ale myślę, że przez to, że też ja wybierałem te teksty w porozumieniu z Basią, są to słowa, które ja sam chciałbym napisać. Albo teksty, które do Pustek po prostu pasują. Paru słuchaczy zwróciło nam uwagę, że te wiersze są w stylu naszych tekstów. Także one chyba nie odbiegają od tego, co normalnie robimy w warstwie tekstowej. Myślę, że dzięki filtrowaniu tego przez naszą wrażliwość, dobierając konkretny wiersz do naszej muzyki, wybieraliśmy taki, który do Pustek by pasował.

Ale czy podczas pracy nad „Kalamburami” nie baliście się, że będą Pustkom zarzucać obranie łatwiejszej drogi? Płyty złożone w całości z autorskich piosenek z własnymi tekstami są postrzegane jako bardziej wartościowe niż chociażby interpretacje poezji.

Ja się z tym zgodzę, ale przygoda Pustek z poezją trwa już parę lat. Myśmy się zastanawiali, jak będziemy traktować tę płytę, czy będzie to jakiś „skok w bok”, czy może coś poważniejszego, a może wręcz regularny album. Dla mnie to jest właśnie regularny album, bo bardzo mocno się w niego zaangażowaliśmy. Te wiersze okazały się bardzo dobrze współpracować z naszą muzyką, zespół też bardzo się starał, aby tak się stało. Naprawdę chcieliśmy, by te utwory zafunkcjonowały jako nowe, osobne byty. Nie myśleliśmy jakoś szczególnie mocno, co np. Leśmian miał na myśli i jak to zilustrować, ale co my z tego możemy teraz zrobić. Nie były dla nas istotne okoliczności, w jakich powstał wiersz, tylko to, co on będzie znaczył w połączeniu z muzyką Pustek. Nam zależało na tworzeniu zupełnie nowych bytów, a nie na interpretowaniu wierszy, a jeśli już to bardziej sugerowanie muzyką interpretowania w inny sposób niż można by się było tego spodziewać. Tak było z piosenką „Kalambury”.

Ale ten akurat utwór brzmi świetnie.

Bo dla niego stworzyliśmy coś na kształt prostej melodyjki z lat 60. Najfajniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że Broniewski w takich ostrych słowach opisywał zachód słońca, a my dodaliśmy do tego muzykę z trochę innej bajki i bardzo mi się podoba to, co z tego wyszło w efekcie końcowym.

Podkreślacie też, że płyta „Kalambury” jest albumem-prezentem dla waszych fanów z okazji dziesięciolecia istnienia zespołu. Wybraliście taką formę celowo zamiast klasycznej składanki „the best of”?

Trochę może tak. Z tym prezentem to jest tak, że takie utwory jak „Wesoły jestem” czy „Jakże ja się uspokoję” nagraliśmy wcześniej na składankę „Wyspiański Wyzwala”. Mogliśmy teraz wydać je jeszcze raz, może trochę przearanżować, coś pozmieniać, by lepiej mieściły się w konwencji płyty i jeszcze lepiej brzmiały. Nasi fani nieraz pytali, gdzie mogą te piosenki dostać. Teraz znajdują się one na regularnej płycie, więc o wiele łatwiej je znaleźć. To chyba stąd ten prezent.

Świętowaliście jakoś szczególnie swój dziesięcioletni jubileusz?

Niespecjalnie, nie robiliśmy żadnych podsumowań.

Teraz jednak jesteś już w zupełnie innym miejscu niż byliście parę lat temu. Zaraz będziecie prawie tak popularni jak Myslovitz.

To chyba mocna przesada.

Ale Pustki pojawiają się o coraz częściej w wielu różnych mediach: rozgłośniach radiowych, kolorowych magazynach, popularnych tygodnikach i prasie codziennej.

Nie możemy zabronić komukolwiek pisać o nas czy o naszej muzyce. Nie możemy zabronić puszczać w radiu naszego utworu zaraz po Lady Gadze, a tak się przecież zdarza. My nie decydujemy o tym, w jakim kontekście się pojawiamy. Nie mamy na to wpływu. Ale rzeczywiście, Pustki się zmieniły, głównie dzięki naszemu uporowi. Wierzyliśmy, że to co robimy jest ok, cieszyło nas to, więc chyba kwestią czasu było, by zaczęło to cieszyć też innych. Na początku bardzo ciężko docierało nam się do mediów. Pierwsze trzy płyty nie istniały w mediach. Dopiero od „Końca Kryzysu” zaczęła się sytuacja, kiedy tak jak teraz przyjeżdżamy na koncert do jednego miasta i udzielamy 6-7 wywiadów. Przy okazji wydania „Kalamburów” udzieliliśmy chyba ze 130. To świadczy chyba o dużym zainteresowaniu. Chcemy, by nasze płyty sprzedawały się lepiej, by na nasze koncerty przychodziło więcej ludzi. Każdy zespół, nawet wbrew temu, co mówi, jaki chce mieć status, dąży przede wszystkim do dotarcia do jak największego kręgu odbiorców. Bez względu na to, czy jest to Behemoth, Ewa Braun czy Plastic. Ja się cieszę, że w przypadku Pustek tak się dzieje, bo dzięki temu możemy pojechać w trasę koncertową i mieć pewność, że jacyś ludzie będą chcieli nas zobaczyć. Może nie zapełniamy jeszcze dużych sal, ale mamy pewność, że w każdym mieście będzie te kilkaset osób, które przyjdą na nasz koncert i to jest super. Poza tym mamy bardzo osobisty stosunek do fanów. Zawsze po koncercie wychodzimy do nich, rozmawiamy, podpisujemy płyty. Cieszy nas taki najbardziej bezpośredni kontakt z publicznością.

Dla Pustek miniona dekada była bez wątpienia bardzo ważna, a czy śledzisz w ogóle to, co dzieje się gdzieś obok zespołu? Pojawiły się ostatnio jakieś muzyczne zjawiska, które Cię szczególnie zainteresowały?

Oczywiście, że staram się śledzić zarówno to, co się dzieje na scenie polskiej, jak i na Zachodzie. Jeżdżę dużo na festiwale, także zagraniczne. Mnie bardzo podobały się płyty Arcade Fire i czekam na ich nowy album. Vampire Weekend też jest w porządku. Z polskich płyt podobała mi się „Metamuzyka” Macieja Filipczuka czy płyta Paristetris.

Na koniec pytanie z cyklu wróżbiarskich: gdzie będą Pustki za następne 10 lat?

Nie wiem. Może w trasie koncertowej po Wielkiej Brytanii? Albo w Australii... Byłoby bardzo przyjemnie.


Kasia Wolanin
O Autorze:
Absolwentka Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Wrocławskim, studiowała też Historię Sztuki na tej samej uczelni. Członkini Stowarzyszenia Projekt: Polska (wcześniej Młodego Centrum). Z zamiłowania dziennikarka – współpracowała ze Studenckim Magazynem Radiowym „Zwrotnica”, Akademickim Radiem Luz i Telewizją Polską podczas organizacji festiwalu Prix Visionica we Wrocławiu. Redaktor serwisu Screenagers.pl – największej w Polsce tego typu platformy poświęconej szeroko pojętej muzyce niezależnej. Współpracuje także z serwisem muzycznym Polskiego Radia Online. Pasjonatka kina, malarstwa polskiego modernizmu i literatury anglosaskiej.
Czytaj więcej >>
 

Dodaj komentarz

Twój podpis:
Twoja strona WWW:
Tytuł:
Komentarz:

Liberte w tok.fm

Bronisław Geremek: Numer Specjalny Liberte poświęcony profesorowi

ROAD Polityka czasu  przełomu

Kultura popularna - tożsamość - edukacja

Polskie ugrupowania liberalne

Newsletter Liberté!

Poprzednie numery